sobota, 16 lipca 2011

Hmm, co tam u mnie....

Najpierw sprostowanie,a potem notka: Przepraszam za długą nieobecność, ale wyjechałam do Babci na wieś i za bardzo nie miałam kontaktu z technologią. A to dlatego,że nie ma tam komputera i ja największa gapa na świecie zapomniałam telefonu,kiedy się pakowałam ha ha ha. I naprawdę miałam "święty spokój". Są wakacje to trzeba korzystać z czasu, no i już wiecie czemu nie pisałam. Bardzo dziękuję za miłe komentarze i zaobserwuję wszystkie blogi na pewno ;) I jeszcze wielkie dzięki za dodawanie się do obserwatorów, to miłe i przynajmniej wiem,że ktoś tu bywa.
----------------------------------------------------------------------------------------

Byłam u babci ponad tydzień. Tam jest bardzo ładnie,wszyscy są tam mili i pogodni. Byłam bardzo tym zdziwiona, ponieważ często spotykam gburowatych ludzi. Jak już mówiłam byłam odcięta od świata. Był telewizor, ale nie oglądałam. Całe dnie spędzałam na dworze ze zwierzętami i pomagając w domu, ogrodzie itd. No i pewnego dnia poszłam na spacer. Dochodziłam do lasku i zauważyłam coś szarego na ulicy. Podeszłam blizej...na jezdni dreptał ledwo przytomny gołąbek. Pewnie jakiś samochód go potrącił....Po myślałam,że długo nie pożyje, ale sumienie kazały mi się nim zaopiekować. Schyliłam się i wzięłam biedaczka na ręce. Powoli zaniosłam go do domu. Zrobiłam mu posłanie, dałam wody, jedzenia. Później razem z babcią dopatrzyłysmy się chorej nogi i skrzydła. Postarałam się zrobić jako taki, tymczasowy opatrunek. Nastepnego dnia zjadłam szybko śniadanie włożyłam Tyerego do koszyczka na rowerze i pojechałam do weterynarza w następnej większej miejscowości. Pani się nim zajęła i zrobiła wszystko,żeby poczuł się lepiej i z czasem wyzdrowiał. Odczekałam pół godziny i wrócilam z gołąbkiem do babci. Przyszła po mnie Wera (dawnka koleżanka z dziecinstwa). Pokazałam jej mojego Tyerka i opowiedziałam całą "bajkę". Po obiedzie poszłyśmy na spacer po polach. Fajnie było chodzić między dojrzewającym zbożem. Mijały godziny,ale nie byłyśmy o tym uświadomione. Doszłyśmy do gaiku.... Trzeba było przejść na drugą stronę deską, ponieważ pod nami płynęła rzeczka. Weronika bez problemu przeszła na drugą stronę. Ja zawahałam się chwilkę, postawiłam jedną nogę. Doszłam do połowy, decha zadrżała, a ja z wielkim pluskiem wleciałam do wody.
Werka nie mogła przestać się ze mnie śmiać a ja stałam naburmuszona,do pasa mokra. Po chwili wybuchłam śmiechem.  "Woda w gębie może pozorować głębię. Ale tylko dopóty, dopóki ktoś nie parsknie śmiechem".
Pociągnęłam ją za nogawkę, a ona zdziwiona patrzyła wokoło, jak znalazła się w wodzie;) Wyglądałyśmy jak zamoknięte szczury. Na szczęście było ciepło, więc mogłyśmy się pluskać ha ha. Czy już mówiłam,że jestem fajtłapą? Kiedy doszłyśmy do domu babcia nie mogła odpędzić od siebie śmiechu. Każdy spędzony tam dzień był wspaniały, ale za dużo opisywania.... No i tak wyglądały mniej więcej moje wakacje u babci.







1 komentarze:

*** pisze...

Zostałaś nominowana do One Lovely Blog Avards info u mnie :)

Prześlij komentarz